Dominika Obacz: Całkiem niedawno ukazała się wasza nowa płyta. Jakieś odczucia, refleksje, co do materiału?
Kuba Kawalec: To zupełnie nowy materiał, piosenki i aranżacje, które stworzyliśmy wspólnie z nowym członkiem zespołu. To też tak naprawdę kolejna przygoda w studio, która dodaje pewnej świeżości i energii na koncertach. A z tego, co zauważyliśmy dotychczas, piosenki te zostały dobrze przyjęte, więc jesteśmy zadowoleni. A co się więcej z tego rozwinie – to czas pokaże. Ciężko mi teraz jakieś wyroki ferować. Jedyne, co więcej mogę to dodać to, że ta płyta opowiada historie naszej młodości i już na początku mamy sentyment do tych utworów.
D.O.: Nawiązując do Daniela Pomorskiego - waszego nowego instrumentalisty, jak przebiegała z nim współpraca nad pierwszym waszym wspólnym longplayem?
K.K.: Jak weszliśmy do studia to już bardzo dobrze znaliśmy Daniela, bo zagrał z nami masę koncertów. Byliśmy go jako muzyka pewni, bo tak się składa, że to taki muzyk pełną gębą: po uczelni, po szkołach, nie żadnych tam technicznych tak jak w naszym przypadku. Także w studiu nie mieliśmy żadnych obaw. Co więcej, na próbach okazało się, że może nam dać więcej niż oczekiwaliśmy. Chcieliśmy, żeby zagrał tylko na trąbce, a okazało się, że on też gra na klawiszach i akordeonie, więc koniec końców na płytę powsadzaliśmy dużo rzeczy bazując na jego możliwościach, których nie znaliśmy wcześniej. Opłacało się.
D.O.: Na płycie oprócz nowego muzyka wspiera was również Katarzyna Gierszewska z 3,2% UHT. Opowiedz jak doszło do tej współpracy.
K.K.: Mieliśmy długo w zamyśle by sprawdzić, jak w niektórych kompozycjach wypadnie damski wokal. Przy okazji słuchania utworów z Myspace’a natrafiliśmy na Kasię. Pomyślałem sobie, że to fajny głos i wyrazista, jeśli chodzi o osobowość, wokalistka i że może warto byłoby się zapytać, czy nie miałaby ochoty spróbować. Okazało się, że zna nasz zespół bardzo dobrze i nam kibicuje, więc bardzo chętnie nas wspomoże. I tak się właściwie zaczęło. Dopiero potem okazało się, że nasz pomysł ma ręce i nogi, że się niepotrzebnie obawialiśmy. No, ale to dla nas taka zupełnie „nowa nowość”, bo o ile próbowaliśmy już różnych rzeczy w naszej muzyce, o tyle damskiego wokalu nie wsadzaliśmy nigdy. Dlatego mieliśmy takie może nie obawy, ale brak stuprocentowej pewności, czy się uda. Mam jednak wrażenie, że się udało (śmiech).
D.O.: Rozumiem, że dzisiejszy koncert ("Trasa mów mi dobrze" red.) jest pewną formą promocji płyty. Czy oprócz tego planujecie jakieś inne akcje oprócz bezpośredniego kontaktu z publicznością?
K.K.: Nie, to nie tak. Wszyscy mówią, że te koncerty to rodzaj promocji. W pewnym sensie na pewno, ale dla nas jest to przede wszystkim kolejny występ, na którym możemy zagrać nowy materiał, bo są ludzie, którzy byli już kilka razy na naszych koncertach i oczekują od nas czegoś nowego. Więc to jest dla nas przede wszystkim możliwość pokazania nowego materiału, dania energii. Ja na to tak patrzę: troszeczkę inna energia koncertowa, świeższy materiał i promocja.. Pewnie też po troszku.
D.O.: Nawiązując jeszcze raz do płyty. Wiadomo jest w waszym stylu, ale słuchając jej miałam wrażenie, że jest tam zdecydowanie więcej „happy”, podczas gdy na poprzednich płytach byliście raczej „sad”.
K.K.: No na pewno zdecydowanie więcej niż na tej trzeciej płycie, która w zamyśle miała być bardzo smutna. Bo my strasznie lubimy grać smutne rzeczy, ale mamy też świadomość tego, że jesteśmy zespołem koncertowym. Musimy być koncertowo energetyczni, bo ludzie często przychodzą się pobawić, poskakać, a my też potrzebujemy takiej energii „do potupania”- szybszych numerów. Także przy doborze kawałków na tą płytę, kierowaliśmy się tym, by wybrać te żywsze, bardziej energetyczne utwory. Przez to też można lepiej odróżnić tę trzecią płytę od czwartej. Tyle o melodii, bo jednak dla mnie ta płyta przynajmniej w warstwie lirycznej jest smutna i nostalgiczna. Muzycznie jednak jest to faktycznie płyta żywiołowa.
D.O.: Ja nawet spotkałam się z określeniem, ze gracie teraz punko-polo.
K.K.: Wiesz co? Już tyle łatek próbowali nam poprzyszywać, że ja już się gubię i ci ludzie pewnie też. Hmm… punko-polo. Z punkiem to my nie mamy nic wspólnego i to już powtarzam od pierwszej płyty. Z polo mamy dużo więcej wspólnego, ponieważ śpiewamy po polsku, jesteśmy polską kapelą.
D.O.: Czyli twórca określenia miał 50% skuteczności?
K.K.: Mnie się wydaje, że mu bardziej chodziło o przyrównanie do disco-polo. Ja bym sobie życzył, choć może to nieskromnie zabrzmi, żeby disco-polo miało takie materiały. Bo dużo ludzi, którzy wygłaszają takie poglądy, nie ma świadomości materiału, który się znajduje na naszych płytach. Takie opiniowanie jest bardzo łatwe...
D.O.: Wpływ na to ma chyba również fakt, że jesteście zespołem, który daje się poznać na koncertach, a nie w radiu.
K.K.: Ja się cieszę, że jesteśmy zespołem znanym z muzyki, a nie z telewizji czy z radia. To strasznie fajne uczucie, że kojarzą cię poprzez to, co robisz, a nie poprzez to, jakim jesteś czy jakim się pokazujesz.
D.O.: Ale jednak mimo wszystko jesteście jakoś zauważani w eterze. Wasza płyta została uznana z jedną z 50 najważniejszych płyt w historii rocka...
K.K.: Wiesz, historia rocka to jest strasznie rozległy czas. To jest w tym momencie już ponad 50 lat… A ta nasza pierwsza płyta jest stosunkowo młoda, jak nie najmłodsza w tym zestawieniu. Nie wiem też, czy nie za wcześnie na takie laury, bo łatwiej jest to określić gdzieś tak z perspektywy 10 czy 20 lat, która płyta miała wpływ na rzeczywistość i na ludzi, czy odcisnęła się na nich jakimś piętnem. Jest to miłe, że ktoś nas docenił i cieszymy się oczywiście, ale podchodzimy do tego z dystansem..
D.O.: Jednym słowem nie osiadacie na laurach.
K.K.: To chyba nie jest też takie proste...Osiąść na laurach i już nigdy więcej nic nie wydać, bo każda płyta będzie gorsza niż pierwsza?
D.O.: Wiesz, niektórzy tak potrafią...
K.K.: No tak wydać pierwszą płytę, a potem reedycję a potem jeszcze np. "the best of..."(śmiech)
D.O.: To w takim razie, jaki jest cel waszego grania, skoro nie są to ani nagrody, ani pochwały...
K.K.: Samozadowolenie.
D.O.: Tylko i wyłącznie?
K.K.: Tak. My nie mamy jakiś górnolotnych celów. Bo jaki może nam przyświecać cel? Zmieniać świat na lepsze? Sądzę, że muzyka nie ma aż takiej potęgi. Ja myślę, że w tym całym życiu chodzi o to, żeby sprawić sobie jak największą radość. A że przy okazji współgra to z innymi, to jest podwójna przyjemność.
D.O.: A jesteście się wstanie ustosunkować do tego, czy już tworzycie czy jeszcze odtwarzacie, bo na początku waszej kariery pojawiały się opinie, że jesteście wtórni?
K.K.: Każdy zespół jest odtwórczy. Jeżeli któryś z muzyków jest w stanie powiedzieć, że tworzy muzykę zupełnie oryginalną, nie czerpiąc żadnych inspiracji, to ja jestem w stanie uklęknąć i buty mu wyczyścić. Bo taką zupełną niezależność od materiału, który się zasłyszało, można byłoby osiągnąć nie słuchając chyba żadnej muzyki w życiu, zupełnie nie mając świadomości tego, co się dzieje i działo w świecie muzycznym przez tyle lat i mając też instrumenty zupełnie inne niż te, których wszyscy używają. Każdą rzecz, którą zagrasz, ktoś już kiedyś zagrał i nie ma się, co oszukiwać, że jest się wyjątkowym, bo wszystko już tak naprawdę kiedyś było. Natomiast znajdowanie w muzyce miejsca dla siebie jest już i tak ogromną sztuką. Nie byłbym w stanie wymienić zespołu, który na pierwszym miejscu błyszczy oryginalnością. Do tego potrzeba też ogromnych umiejętności, żeby stworzyć coś zjawiskowo oryginalnego. My jesteśmy zespołem podwórkowym, grupą znajomych z osiedla, którzy słuchają mnóstwa muzyki, mają jakieś tam pomysły i wykorzystują je tak, jak potrafią. Więc, jeżeli ktoś nam zarzuca odtwórczość to w porządku. Ja to przyjmuję na klatę. Natomiast nie było naszym założeniem sugerować się czymś, bądź kimś konkretnym.
D.O.: Wydaje mi się, że znaleźliście tę swoją niszę, czy ścieżkę muzyczną. Bardzo podobał mi się artykuł "Od ksera do bohatera", który swego czasu ukazał się "Wyborczej" i pokazywał jak wykształcał się wasz, było nie było, oryginalny styl.
K.K.: No właśnie przy pierwszej czy drugiej płycie nie mieliśmy kompletnie świadomości tego, jak zostaniemy odebrani i, że to, co robimy jest tak strasznie podobne. Strasznie byliśmy zaskoczeni, że wszyscy zestawiają nas z Pidżamą Porno, kiedy ta nasza muzyka była pozbawiona punkowej drastyczności. Pidżama jest zespołem naprawdę punkowym… Potem nam mówili, że gramy jak T.Love, jak Travis, a teraz nam mówią, że gramy jak Franz Ferdinand. Dla mnie to są masakryczne pomyłki. Bo można komuś zarzucać, że ściąga, ale, kurczę, jak ja sobie tak patrzyłem na takie utwory jak „Lęki i fobie”, to jak one są podobne do Pidżamy Porno czy Franza Ferdinanda? Ciężko to sklasyfikować. Ja rozumiem odnieść coś w czasie i przestrzeni muzycznej. To działanie służy fajnie temu, by pomóc wyobrazić komuś, kto nie słyszał, jak taka muzyka może brzmieć i gdzie ten zespół się muzycznie znajduje. Ale zarzucanie komuś, że kopiuje, jest dla mnie śmieszne. To mnie przekonuje, że taki ktoś nie miał pewnie nigdy gitary w ręku, nie miał zespołu i nigdy niczego nie stworzył.
D.O.: Teoretycy...
K.K.: Tak, bo z mojego punktu widzenia napisać recenzję jest sto razy prościej niż wymyślić, nagrać, zaaranżować piosenkę. Z natury rzeczy słowa krytyków są ostrzejsze niż słowa dajmy na to artystów. Bo ją broń ma muzyk? A taki krytyk ma pełne pole do popisu: może jechać od góry do dołu, od czci i wiary odstąpić. Natomiast, jeżeli pan A mówi, że mu się to strasznie podoba, a pan B, że to jest strasznie do dupy, to kto ma rację? Pewnie i ten, i ten. Tylko to są takie racje bardzo subiektywne.
D.O.: Wracając jeszcze na chwilkę do płyty. Często powtarzacie, że waszą domeną jest romantyczna bezideowość, jednak słuchając waszego ostatniego wydawnictwa mam wrażenie, że jest ona bardzo pacyfistyczna w swoim wydźwięku. A przecież pacyfizm też jest jakąś formą ideologii.
K.K.: Krytykom muzycznym i dziennikarzom często wydaje się, że jeśli powstaje zespół to przyświeca temu jakaś idea. Kiedyś to był punk rock, czy buntowanie się przeciwko systemowi i braku wolności. Był metal, który (powiedzmy w cudzysłowie) czci szatana. Są gatunki muzyczne nastawione tylko i wyłącznie na to, żeby ludzie się bawili i tańczyli. A my jako zespół mieliśmy tylko kilka historii do przekazania. W sumie to nawet nie wiedzieliśmy, czy ktoś będzie chciał tego słuchać. Naprawdę nie przyświecała nam żadna idea i podpinanie nas pod ideologię punkową, czy jakąkolwiek inną, nie jest zgodne z planem. My od początku próbowaliśmy powiedzieć, że z punktu widzenia ideologii jesteśmy zupełnie bezideowi, a muzyka była dla nas zawsze romantyczna, wzruszająca. Ta cała bezideowość nie jest naszą ideologią, jest faktem... Natomiast, rzeczywiście, jeśli chodzi o płytę, to chyba najbliżej nam do klimatów hippisowskich, kiedy każdy sobie cenił wolność, ale taką sercową, a nie ideologiczną.
D.O.: Ja jednak twierdzę, że odżegnując się zupełnie od ideologii ciężko byłby wam cokolwiek przekazać. Przecież każdej myśli, słowu prześwięca jakaś idea.
K.K.: No oczywiście, ale ten przekaz nie jest przez nas wymyślony. Ludzie sobie sami w głowach go kreują. Bo jeżeli na przykład, ktoś odczyta "Od kiedy ropą" jako piosenkę miłosną, a nie, powiedzmy, antywojenną, to co ja, jako autor tych tekstów mogę mu powiedzieć? Że się myli? Że jest w błędzie? W moim pojęciu właśnie nie. Pole do interpretacji jest tak szerokie, że ma prawo analizować tekst tak jak chce. Okazuje się nawet, że piosenki, które powstały bez żadnych pobudek ideologicznych, zostają odebrane osobiście, uniwersalnie. Kurczę, taka jest prawda, że żaden z nas nie myślał przy wydawaniu pierwszej, drugiej, trzeciej płyty, że coś może poprawi w stosunkach międzyludzkich i doda jakiś plusik dla świata. Trzeba mieć chyba bardzo mocną wiarę w siebie, żeby twierdzić, że takie rzeczy da się zrobić. My tej wiary nie mieliśmy od początku i chyba tak zostało.
D.O.: Właśnie dlaczego, skoro wiecie, że słucha was rzesza fanów i wpływacie na ludzi?
K.K.: To przez poczucie odpowiedzialności, żeby przypadkiem nie wcisnąć w nasze utwory jakiś takich rzeczy, które ktoś mógłby potraktować opacznie, żeby nie wyszła z tego jakaś chryja. Nie jesteśmy też żadnymi prowokatorami. Prawda jest taka, że nie przyświeca nam żadna idea, co dla niektórych może być niewyobrażalne. Jak patrzysz na przykład na taki zespół jak Myslovitz, to jaką oni mają ideologię? Albo Szymborska? Jaka jest jej ideologia? Są ludzie, którzy chcą mówić o miłości, o przyjaźni, o wolności. Po prostu opowiadać historie, które im się przydarzyły, bez tego nadęcia, że muszą zmieniać świat. Ja mam takie patrzenie na to wszystko. Jeśli moje teksty przynoszą jakiś pozytywny rezultat - to dobrze, ale żeby to była taka zamierzona idea sama w sobie - to nie.
D.O.: Efekt uboczny twórczości?
K.K.: Dokładnie tak.
D.O.: Wasza płyta, oprócz tego, że traktuje o miłości, jest też bardzo autobiograficzna. Wracasz myślami do okresu dzieciństwa.
K.K.: Byłem na takim etapie zeszłym roku: trzydziestolatka, któremu zaczynają się przypominać różne epizody z młodości. Przyszła też potrzeba opisania ludzi, rzeczy z tamtego okresu. Przyciśnięty tym cyfrowym światem zatęskniłem do tych analogowych czasów, kiedy to w największe "piździawy" trzeba było stawiać ogrodzenia, żeby nam wiatr nie zabrał kawałka domu. To były dobre czasy i strasznie fajnie je wspominam. Wtedy czułem się wolnym, pomimo, że bardzo dużo nam brakowało: nie było telefonów, Internetu i nie było jak zadzwonić po dziadka, kiedy babcię pogryzł pies. Jakoś sobie wtedy człowiek radził, co dzisiaj jest niewyobrażalne. Przez to mam wrażenie, że obecnie mamy wiele atrybutów, które teoretycznie gwarantują nam wolność i swobodę, w rzeczywistości nam je zabierając, ubezwłasnowolniając nas.
D.O.: A nie jest to trochę tak, że chce się pamiętać tylko te dobre rzeczy?
K.K.: No nie wiem, czy one wszystkie są takie dobre. Ja bym te moje spisane wrzucił do worka wspomnień, z których wynikałby jakiś emocjonalny plus, natomiast pamiętam się też te złe i to bardzo dobrze.
D.O.: Patrząc na waszą twórczość tak generalnie ma się wrażenie, ze jesteście trochę retro - oderwani od tej rzeczywistości "high definition".
K.K.: Dobrze powiedziane (śmiech). Oczywiście, że jesteśmy. Staramy się jakoś nadarzać za tą digitalną rzeczywistością, ale ja mam jakiś taki potworny, wewnętrzny opór przed wszystkimi nowinkami. Nie chcę zostać zupełnie zniewolony przez to wszystko, co się dzieje. Rzecz jasna mam telefon komórkowy, dvd i komputer, bo dzisiaj tak naprawdę trudno się bez tego obejść. Trzeba zachować jakiś poziom techniczny, bo inaczej ciężko byłoby się kontaktować z ludźmi, jeśli dystans przekracza dajmy na to 30 km. A wcześniej te odległości były jakieś takie małe: szło się na piechotę na drugi koniec miasta i nie bolało. Teraz jak człowiek musi się przejść do sklepu to jest zmęczony. Z drugiej strony nie wiem, czy jest sens się aż tak przeciw temu buntować, ale jednak mam takie zapędy: żeby się wyprowadzać na wieś, kupić sobie kozę i ją codziennie doić.
D.O.: W takim razie ostatnie pytanie. Jakie snujesz plany na Nowy Rok (oprócz tego domku na wsi)?
K.K.: Nie wiem, czy ten domek to jest akurat plan na najbliższy rok...(śmiech)
D.O.: No to skupmy się na muzycznych prospektach. Co dalej w obliczu tej świeżo powstałej płyty?
K.K.: Myślę, że jeszcze trochę odczekamy. Tak do maja, czerwca, kiedy skończą się koncerty stricte promocyjne. Wtedy będzie można się na spokojnie zastanowić, co dalej. Natomiast w kwietniu chcemy sobie wyjechać z zespołem na Mazury i spróbować stworzyć jakiś nowy materiał - tak zupełnie bez żadnego planu: siadamy, zabieramy instrumenty i cos tam próbować może się urodzi. A jak się nie urodzi, to się nie będziemy przejmować. Jest to dla nas nowość, nigdy jeszcze tego nie robiliśmy i jesteśmy bardzo ciekawi, jak to wyjdzie. Muzycznie nic oprócz koncertów na razie nie planujemy.
D.O.: Dziękuję za rozmowę i wszystkiego dobrego.
K.K.: A dziękuję bardzo.